A A A

Wędkarstwo

„Wędkarstwo rzeczne"... Przesada! To tylko tak, dla krótkości tytułu. Masaż Grudziądz kręgosłup tanio. Nie mówi się bowiem w tej książce jak wędkować w każdej rzece; pomija się toki górskie i podgórskie oraz bardzo interesujące rzeki Pomorza, nie zauważa strefy ujściowej dużych rzek wstępu­jących do Bałtyku. Tematykę książki ograniczyłem zaledwie do dwu - ogólnie potraktowanych - krain brzany oraz leszcza, a i przy takim zawężeniu sprawy wyznaję, że zdominowany zostałem przez obraz krainy leszcza w mazowieckim wcieleniu. Czy poczynione właśnie wyznanie nie nasuwa Czytelnikowi podejrzeń, że wszedł w kontakt z autorem znajdującym obcą naturze przyjemność w znęcaniu się nad własnym tekstem? Jeżeli tak, to zbyt pochopnie. Prawdą bowiem jest, że pisać o wędkowym łowieniu ryb w abstrakcyjnie potraktowanych rzekach lub ich krainach rzeczywiście oznacza pójście na spore uproszczenia. Łowienie np. brzany w Warcie i łowienie jej w Łynie albo w Wisłoku, łowienie klenia w środkowym Sanie i łowienie go w Narwi to niezupełnie to samo, a więc i pisać o tym nie wolno przez kalkę. Takie rozważania można ciągnąć dalej. Zarazem jednak nie można przeoczyć i drugiej strony medalu, a mianowicie tego, że w naszej wędkarskiej literaturze prawie niepodzielnie włada uogólnienie jeszcze dalej posunięte - pisze się nie tyle o łowieniu bardzo „konkretnych ryb, ile wręcz gatunków w jakiejś wodzie, bez liczenia się choćby z jej środowiskowo - klimatycznymi odmiennościami różnie kształtującymi życie i obyczaje ryb. W takiej sytuacji wydobycie z „ogólnej teorii sztuki" choćby wędkarstwa jeziorowego czy wędkarstwa rzecznego w krainach brzany i leszcza wolno oceniać jako rewolucyjne prekursorstwo i wiekopomną zasługę. Podejrzewanie zaś autora tej książki o automasochizm - zastąpić podziwem dla perfidii w samochwalstwie. Jestem jednak człowiekiem skromnym i chętnie rezygnuję z laurów nowatora, od samochwalstwa się odżegnuję, liczę natomiast na tolerancję przysługującą pionierskim dziełom. Mniej tolerancji okazałbym ze swojej strony usiłowaniom, które - przeniknięte duchem „strasznego mieszczaństwa" - wymieniają piękne, autentyczne łowiectwo wodne na podłapywanie rybek w dołkach z obliczonymi w nich sztukami, bo to podobno bardzo na czasie i na światowym poziomie; albo stawiają je za bramińskim zawod-nictwem i zawodami, bo też podobno bardzo atrakcyjne, wycho­wawcze i światowe. Zaliczam się także do pozbawionych względów nieprzyjaciół napuszonej uczoności „wędkologów", wszystkowiedzów, zapominających o cudzysłowach tekściarzy, bananowej mączki i mielonych biszkoptów w zanęcie na ukleje, zwolenników narodowych szkół w czepianiu śrucin na żyłce, barbarzyńców z wędkami i cywilizowanych dzikusów znad rzeki, z chat i namiotów, wielmożów na ślizgaczach itd., itd. Książkę tę powołał do życia bynajmniej nie święty gniew i polemiczna pasja. Pierwszą przyczyną stała się wewnętrzna potrzeba uładzenia bałaganu we własnym łowieckim doświadczeniu, zbieranym przez 40 lat, według natchnień i losowych przypadków. Ileż to fatalnych błędów łowieckich, ileż kapitalnych głupstw (i żeby chociaż uroczych) wypełniło miniony czas. Ileż rozpalało się ognisk bzdurnych nadziei, a gubiło szans na powodzenie. Coś jednak zostało i pożytecznego. Zachciało się więc oszczędzić bliźnim rozczarowań, przysporzyć radości. Intencja bardzo szlachetna. Dodam jeszcze do niej, określając rzecz delikatnie, skłonność do wspominania ranka w czas przedwczesnego zmierzchu. To jednak jest już nieważne, sfera spraw osobistych. Natomiast faktem publicznym jest właśnie książka. Znajdzie w niej Czytelnik wiele technicznych szczegółów dotyczących wędek, gdyż inaczej być nie może. Niech jednak nikt nie traktuje jej jak uniwersalny podręcznik (może z wyjątkiem rozdziału o uklei i innych rybkach - przeznaczonego dla począt­kujących). „Wędkarstwo rzeczne" jest raczej zaproszeniem do powtórnego przemyślenia wielu bardzo oczywistych z pozoru spraw z zakresu miłego nam łowiectwa, zaproszeniem skierowanym nawet do doświadczonych wędkarzy. Jestem głęboko przekonany, że będzie to zajęcie owocne. W prezentowanej tu książce znajdzie też Czytelnik sporo informacji wydobytych - nie bez trudu - z literatury naukowej i rybackiej. Przekazuję je Czytelnikowi z zapałem neofity i być może z neoficką nieprecyzyjnością, ale gdy brak jest popularyzatorów z solidnym fundamentem naukowym, to musi wystarczyć amator. Spotkanie z książką (a ściślej z literaturą) otwierającą świat żywej wody, stało się ważnym łowieckim zdarzeniem i pouczającym doświadczeniem, chyba najważniejszym z ważnych, gdyż dzięki temu dotychczasowe działanie po omacku mogłem zastąpić działaniem celowym, bardziej skutecznym, nie pozbawionym przecież smaku przygody i radości z odkrywania własnych łowieckich prawd. W tym miejscu zdaję sobie sprawę z niekonsekwencji. Zalecam bowiem wędkarzowi literaturę, która w zasadzie nie istnieje, bo literatura naukowa nie zawsze jest mu dostępna, a poza nią cóż znajdzie? Dwa antykwariatowe podręczniki, dwie współczesne publikacje książkowe oraz kilka abecadełek... Cieszymy się, że przybywają nam nowe setki tysięcy płacących składki ludzi z wędkami, a przegapiamy fakt, że wędkarska kultura formuje się wręcz na dziko. W takiej sytuacji głodu na bogatą w tematy, żywo pisaną i powszechną literaturę wędkarską nie zaspokoją miesięcz-nikowe publikacje, w których chętniej eksploatuje się techniczne nowinki podczytane w zagranicznych pismach niż zauważa nowości własnego rynku wydawniczego, pisane wprawdzie nie dla wędkarzy, ale przecież dla wielu z nich i dla kultury wędkarskiej pożyteczne. A wszak nie ma kultury, nie ma etyki i gospodarności łowieckiej, nie ma sztuki wędkarskiej bez dobrej i powszechnej książki, pisanej dla wędkarskich rzesz. Oddane w ręce Czytelnika „Wędkarstwo rzeczne" oparte jest w swej strukturze problemowej i logice wywodu na pewnej konstrukcji myślowej. Polega ona na tym, że wędkarstwo wieńczone dobrym skutkiem zaczyna się nie od wędziska i wędki, lecz od poznania ryby, a nawet jeszcze wcześniej, bo od poznania łowiska. Ten kto się przekona do tej zasady, kto zerwie z technicznymi fascynacjami (nie musi ich jednak porzucać do końca) i wyrwie się spod działania hipnotyzerskich sztuczek wytwórców sprzętu, ten będzie łowił raczej szczęśliwie. Jeszcze w maszynopisie uczyniono tej książce (bardzo zresztą przyjaźnie) zarzut, że za dużo na jej kartach pięknosłowia, poe-tyczności i innych ozdóbek. Bardzo uważnie odniosłem się do krytyki, wyrzuciłem z tekstu wiele, ale przecież sporo jeszcze zostało w nim i ptaków, i kwiatów. Zostały nie w roli ozdobników, lecz obiektywnych, wręcz fizycznych znaków w książce przyrody. Łatwo je zauważać i trzeba je zauważać, odczytywać z nich interesujące nas, a zakryte przed oczyma sprawy. To zaś, że same nazwy ptaków i kwiatów wyzwalają w człowieku skojarzenia z poezją, to już wina owych strun, które odzywają się w nas na wspomnienie krzyku derkacza na łąkach albo cichego lotu rybitwy nad starorzeczem. Wszystkim, co ewentualnie udane w tej książce chciałbym się podzielić z kilkoma dobrymi towarzyszami, bez których przygoda nie miałaby dla mnie blasku. O trzech z nich Kornel Makuszyński pewnie powiedziałby, że w swym pięknym opętaniu uciekają niekiedy z nieba, żeby raz jeszcze spojrzeć na nurt swej rzeki. Przypisałbym ją więc najpierw staremu ojcu chrzestnemu - Pawłowi Pulajewowi, który dostawał najbardziej słonecznego uśmiechu, gdy szykował swój rower i wędki, żeby uciec nad Pasłękę od maszyny do szycia i od żelazka... Mietkowi Szyszkowskiemu, światłemu i mądremu, który posiadł dziwną sztukę spokojnego entuzjazmu i robienia wszystkiego tylko rzetelnie i najlepiej. Takim był w przyjaźni, w pracy i nad wodą. Szukam go nad Narwią poniżej Różana, gdzie Ostrykół łamie bieg rzeki... Tadeuszowi Bąkowiczowi, który już pod siódmy dziesiątek lat za sprawą Pisy i wędki raz jeszcze stał się radosnym chłopcem. Dziś pewnie czatowałby przy starej węgorni na swoją rekordową świnkę... Oddaję tę książkę młodszym: Jankowi Gajdzie i Stachowi Sławkowi. Ileż to z nimi nocy nad denkami - na tamach, przy ogniskach, we wnękach wysokich burt... Ile zachodów i wschodów słońca, ile przetartych w rosie ścieżek w ślad za meandrami nurtu... A także synom moim - Włodkowi i Januszowi Strzeleckim, którzy przejąwszy po ojcu fatalne dziedzictwo, niosą je od dzie­ciństwa, dzieląc ze mną spływy i biwaki, zanęcania, zaczajenia, radości z udanego holu i piołunową cierpkość przegranych. W czasie zaś pozawędkowym nie ustają w staraniach, żeby i następne pokolenie Strzeleckich wyszło z wędkami nad rzekę. Więc i tym najmłodszym i wszystkim młodym oddaję tę książkę wraz z życzeniem: oby nam rzeki były czyste i hojne.